Kręta droga
Dzisiejszy dzień sponsoruje logo:
Nawet nie mam siły opisywać co i jak dziś.
Kręto, pokrętnie, zakręcenie trudno.
I to tyle.
Za to kuchnia błyszczy.
A przygotowań do Targów Tajskich końca nie widać.
Z okazji jutrzejszych urzędów z przyjemnością odwołam dentystkę.
W przyszłym poście prezentacja Eustachego – kruka na drucianych nóżkach i z kaprawym, prawym okiem.
Uściski dla poczytujących.
Dobranocka i lulu.
Chuć ciasteczkowa i grypizm
Odnowiona miłość do fontu HELVETICA
.
Ale to dlatego, że jam podatna na cały reklamowo/emocjonalny/blabla/ crap i obejrzałam film “Helvetica” (<< klik, klik)
No i teraz nie ma bata – będzie Helveticowanie….heh
I naprawdę idę już spać ;/
Szkoda, że…
Pierwsza produkcja po-urlopia. Od razu “optymistyczna”. Jak zwykle z cyklu Mood Logos. Nie mam tym razem pojęcia dlaczego tak a nie inaczej. Winić można:
- wiater
- szarość zaokienną
- futro gubność kocią
- futro czarno ubranio przyczepność
- kaszel z głębin
- nienamacalność czekoladzią
- brak zajęć niechcianych (czyt. praca)
- postępującą opalenizno znikomość
Ząb Lutchador
T. twierdzi, że to ząb Lutchador i że jeśli on go widzi to znaczy, że taka niemożliwość istnieje. Więc niech tak będzie.
Z okazji mnogiej ilości wizyt u dentysty ostatnio (poprzedni zatajał istnienie dziurek nawet przed sobą samym) – ząb z serii Mood logo.
W wersji martwego zęba (to ta mniej optymistyczna) i w wersji dla tych co uwielbiają do dentista chadzać ;P.
O! Tak więc jeśli przez miesiąc żadnego posta nie spładzam to istnieje 100% szans, że po miesiącu spłodzę postów w ilości 3-4 tylko jednego dnia.
Coś mi się z budową tych zdań nie zgadza…
przedawkowałam herbatę z cytryną!
NOT sure
Dzisiaj nie jestem pewna…nic nie wiem i o niczym wiedzieć nie chcę. Wyciągam wtyczkę myślenia z gniazdka niepokoju i mam wszystko w nosie. Myślenie na dziś jest passe, a tym bardziej pewność jakakolwiek. I niech ten cholernik blodzi, który co i rusz połyka polskie znaki idzie w cholerę. Dzisiaj chcę spokoju. Nie musi być święty..ważne żeby był wytrwały i łatwo się nie zrażał.
Z okazji nie bycia pewną – mood logo (którą wersja kolorystyczna jest tą właściwą??? cholera…więc wrzucam wszystkie)…
Na chorobowym…ciąg bliższy niż dalszy
![]()
No i super…to się pocieszyłam chorobową wolnością…Ciurczy teraz i z nosa i z oczu i skrobie gardło.
Z orbiterka nici…chyba, że postanowię umrzeć jeszcze dzisiaj. Wcale nie szybko i nie bezboleśnie, ale za to ze 100% gwarancją.
Jeśli przyjdzie Wam do głowy użyć kropelek Acatar to ostrzegam – to mogą być ostatnie chwile waszych myśli, albowiem po zażyciu kropelek wyżre wam cały mózg. Jako się stało mi właśnie, albowiem nie wiem co mnie napadło – postanowiłam usmazyć dziś jogurt. Tak…właśnie tak – jogurt. No może nie do końca taki sam, samiutki. Zmiksowany nowiuśkim mixerem (kolejna sztańska maszyna zaraz po orbiterku), razem z płatkami owsianymi, sliwakmi suszonymi, tako samymi bananami i orzechami. Wyszła śliczna gładka masa, a że z okazji diety nie wolno mi jej było zjeść więcej niż 2 łyżki – postanowiłam resztę przeznaczyć na patelnię.
Jak nie trudno się domyśleć był to więcej niż głupi pomysł. Placki wyglądały nawet jak placki…tylko z konsystencją coś poszło nie tak – bo raz ruszone maziały się potwornie. Na szczęście nie głoduję, a jedyne co potrzebowałam to zaeksperymentować. Tak więc eksperyment był, smród poniekąd też (przez chwilę wierzyłam, że konstystencja się poprawi jak się placuszki mocniej przypiecze), a że nie udany – to inna para kaloszy i nie należy się drobnymi niepowodzeniami przejmować.
Zadzwonił też dzisiaj klient, że w przyszłym tygodniu ma mi do zaoferowania sajgon zleceniowy. Nie powiem – jestem happy bo w przyszłym tygodniu katar będzie over, a bez pracy i utyskiwań klientów – to ja jak bez wody.
O!…
I skończy mi się zaraz papier do nosa…szlag to…
Idę chorować w spokoju dalej.
ściski niezaraźliwe
aaaa i jeszcze Mood logosy:
1) na wysoką temperaturę
2) i na niską

over
A gdyby tak…
A gdyby tak już nie robić mood logos? Albo porysować dla odmiany? Już nigdy więcej nie gdybać?
Brzucha bolenia ciąg dalszy..tak więc istnieje nikła szansa, iskierka nadzieji, że wyhodowałam własnego wrzoda, wrzodunia, wrzodeczka. Moje instynkty macierzyńskie zostały właśnie wystawione na próbę. Nie minął tydzień od ostatniego “bolenia”, a tu kolejne…a ja mam już dosyć. I jeszcze to ciągłe zamartwianie, czy uda mi się wyhodowac mego wrzoda na porządnego obywatela graficznego żółądka. Zmartwienia przyszłego rodzica….To tyle chyba. Czas isć spać. I marzy mi się wreszcie obejrzeć “REC” w kinie. Bardzo się marzy. Właściwie to chciałabym się przekonać na własnej skórze, czy aż tak scary jest. Może wcale mnie nie ruszy i bedę jedyna dzielna, odporna, BRAVE hEART.. To bym się zdziwiła. Już dawno się nie bałam. Właśnie do mnie to dotarło. Po pół roku z panią psycholog, która wypędzała mi z głowy stojącego za mną przestraszonego faceta bez twarzy – jest to całkiem miłe zaskoczenie. Przestałam się bać. A może to facet bez twarzy przestał i po prostu poszedł sobie precz. W miejsce stracho-leku przyszło “niewiemcodalej”…Ale o tym może innym razem. Naprawdę swędzi mnie już ta użarta stopa i czeka komiks do poczytania. I wcale nie mam pewności, czy ktokolwiek tu ze mną dzis jest. Zresztą czy ma to jakieś znaczenie? Pewnie takie, że jeśli ktoś czyta mojego bloga – to może się użali nad stopą, nad “niewiemcodalej” i niemożnością rysowania. I może w wyniku współczucia i lekkiej sympatii, takiej jaką można czuć do obcej przecież osoby – prześle na falach mózgoblodzich okomrugnięcie lub sympatiościsk.


