Nie cierpię jeździć do Castoramy. Wszystko we mnie wre i burzy się. Nie cierpię i już. Jednakowoż okazjonalnie natrafiam na prawdziwe perełki zakupowe, które jak mniemam normalna kobieta omijałaby szerokim łukiem.
Tym razem taką perełką okazały się gogle spawalnicze. Do szczęścia brakowałoby jeno żeby były takie oldschoolowe, metalowe z szybkami ze szkła. Moje są niestety plastikowe w całości i wioną dziwną gumą, ale i tak pałam do nich wielką miłością od pierwszego obaczenia.
Koszt niewielki bo niecałe 30 zł – za to możliwość obejrzenia świata w kolorze ciemno, ponurej zieleni (z zamknietymi klapkami).
Prawda jest taka, że dylemat miałam, jako że tuż obok na półeczce leżała skórzana, czarna maska spawalnicza, która wręcz krzyczała: WEŹ MNIE, WEŹ MNIE!.
Od tej pory (solennie przyżekam!!) zaczynam czynnie omijać wróżki i inne cuda wianki gdyż poważnie boję się dowiedzieć czegokolwiek o moim porzednim wcieleniu.
Jedno jest pewne – jeżeli chodzi o T. – to trafił swój na swego.
Z Castoramy poza potrzebnymi deskami i workiem gwoździ unieśliśmy we własną czasoprzestrzeń również i łom (niebieski!), który to z kolei T. uznał za prawdziwe designerskie arcydzieło.
Tak więc czuję się dzisiaj szczęśliwa i zaspokojona w kolorze ciemno zielonej ekstazy goglowej.
over.



Gagatka, kocham Cię miłością bezgraniczną. Styl, szyk, wdzięk i klasa!!! Już mi kiełkuje w głowie impreza klasy robotniczej…. :] MM