Dzisiejszy jakże uroczo zakrapiany deszczem dzień.
Nic mi się nie udaje i nic udać się nie ma.
Degrengolada myśli i własnego i tak postrzępionego samopoczucia.
Mail nie działa jak należy, brzuch mam galaretowaty, wszystko mnie boli a najbardziej to, że wogóle jestem.
Sączę więc te siuśki bycze Red Bullem zwane, bo bogate są w taurynę. I z całych sił wierzę, że mój mózg się obudzi i wyprodukuje mi jeden genialny pomysł na to jak żyć.
Wcale nie w zgodzie ze sobą – za to w zgodzie z innymi.
Dzisiejsze odkrycie jest takie, że lubię siebie i szanuję tak długo jak jestem sama ze sobą. Dodajcie kogoś z niekoniecznie pozytywnym attitude i już nie mogę na siebie patrzeć.
Albo kogoś kto czuje się super duper wspaniale – w każdym razie bijąc mnie swoim szczęściem na głowę..lub może raczej po głowie.
Marzę wtedy by zniknąć, prysnąć, zdematerializować się.
Tak bym sobie chodziła wśród wielkiej bieli, gdzie nie ma niczego co może wywołać jakąkolwiek reakcję. Ślina by mi ciekła ust bokiem, a ja bym tak sobie szła w ani zimnie ani cieple, przed siebie bez celu, bez presji i serca kołatania nerwowego.
W mózgu transparentnym jak bańka mydlana pływałaby ryba Cichonka.
niebyt
niezbyt
osiągalny
niczym sen
budzikiem porannym
tupię
zbyt lekko
by wierzyć
że dotrę
zbyt lekko
by nic nie było na marne
hop sa sa
No i tak to. Czas się zawstydzić myśli-blogo-zlepkiem. Czmychnąć sprzed ekranu, bo a nóż mnie ktoś zauważy.
Dać się połknąć kołdrze wielkiej jak wieloryb.
Zniknąć, czmychnąć i śladów po sobie nie zostawić.
amen.
P.S> i miałam iść na rower. Zawsze jak mam iść na rower leje.
To nie może być zbieg okoliczności. No to sobie jeszcze posiedzę -miękko na swoim wielkim pupsku.