Chuć ciasteczkowa i grypizm

daje nam po zsumowaniu:
cookie

Odnowiona miłość do fontu HELVETICA :) .
Ale to dlatego, że jam podatna na cały reklamowo/emocjonalny/blabla/ crap i obejrzałam film “Helvetica” (<< klik, klik)

No i teraz nie ma bata – będzie Helveticowanie….heh

I naprawdę idę już spać ;/

Opublikowane w:  on luty 28, 2009 at 11:45 pm Dodaj komentarz

Jeśli masz 18 lat – możesz wejść ;)….

laskaaaa

Mam nadzieję, że nikogo nie obrażam nagością krzywizn Illustratorowych ;P
Lola powstała dzisiaj – docelowo miała być partnerką zaczętego już szkieletona. Nie jestem jednak pewna czy są to krzywulce w tym samym stylu – tak więc Lola – póki co czeka zniecierpliwiona eksponując swe wdzięki – a ja grzecznie, acz niechętnie udaję się do łóżka – spać. Jutro wszak ciąg dalszy przeuroczej grypy.

over

Opublikowane w:  on at 10:07 pm Dodaj komentarz

Seems to be happy

Czas na nowego walla (nie mylić z Walliem).
Jestem zagrzebana po uszy w kocich włosach, nos mam opuchnięty, gardło mnie swędzi… Żyć nie umierać.
Nijak nie mogę się zabrać do Bangkokowania nr 3 – co i rusz jakowys zryw się pojawia i nawet siadam przy komputerze..Ale w tej samej chwili cała chęć, nastrój blogowy i siła pisarzo-stukacza znika. Chwała Bogu, że jeszcze z łóżka się zwlekam do pracy.
Istnieje podejrzenie iż zeszło-weekendowa wyprawa londyńska zaowocowała nabyciem grypy. Na potwierdzenie mam cały weekend.. A potem już tylko sajgon pracowy, więc nawet jeśli z tą grypą to prawda to mogę ją sobie wsadzić głęboko. Tak czy siak pracować będę musiała. A że dygot gorączki i wysięk nosowy będą mi w tym skutecznie przeszkadzać – to już inna sprawa.

No i tak to…
Pochwaliłabym się jeszcze udaną potrawką z kurczaczka, ale pożarta, a zdjęć zdążyć nie zrobiłam – co tylko potwierdza ową udaność potrawy…

Tak więc – bum cyk cyk – nowy wall – taki bardziej girly style:
bąble_wall

Po większy look – klikać na obrazek.

Siurp nosem, dryg gorączkowy udo/kolanem
I’m done for today………

Opublikowane w:  on luty 27, 2009 at 3:15 pm Dodaj komentarz

Szkoda, że…

Pierwsza produkcja po-urlopia. Od razu “optymistyczna”. Jak zwykle z cyklu Mood Logos. Nie mam tym razem pojęcia dlaczego tak a nie inaczej. Winić można:
- wiater
- szarość zaokienną
- futro gubność kocią
- futro czarno ubranio przyczepność
- kaszel z głębin
- nienamacalność czekoladzią
- brak zajęć niechcianych (czyt. praca)
- postępującą opalenizno znikomość

Voila!
 szkoda-czasu-ML

Opublikowane w:  on luty 9, 2009 at 9:36 pm Dodaj komentarz

Bangkok Part 2

Bangkok obudził nas typowo miejskim hałasem. Ze względu na 6- godzinną różnicę czasu byliśmy lekko nieprzytomni, ale gotowi na przygody. I tak jakieś 45 minut dreptania później zgubilismy się całkowicie. Na szczęście!
Jedną z większych atrakcji tego dnia była dzielnica silników. Jakieś 10-12 przecznic tylko i wyłącznie z częściami samochodowymi. P1140635
Gigantyczne silniki w ilości naprogramowej to nie lubość Tajów do ciężarówek i traktorów, a napęd większości boat Taxi jakie pływają po Bangkoku. Jest to bowiem miasto niezlicznych kanałów – z których wybrane po zasypaniu zamieniono w ulice.

P1140827Po mieście najszybciej podróżuje się albo skytrainem albo właśnie boat taxi. Z weselszego sposobu eksplorowania miasta polecam tuk-tuki :) – w cenie podwyższona adrenalina przynajmniej jeszcze na godzinę po zakończonej podróży:
P1140736
Generalnie problemu z dotarciem do celu nie ma – o ile szukany cel jest celem turystycznym. Jeżeli przyszłoby Wam jednak do głowy zobaczenie konkretnej wystawy lub mało znanej ulicy – zapomnijcie o tym pomyśle natychmiast! Chyba, że urodziliście się ze znakomitym talentem do czytania map i odnajdywania się w najbardziej zagmatwanych czaso-przestrzeniach.  Nam te talenta dane nie były. Zdani na taksówkarzy i tuktukowców oraz ich dowolność w interpretowaniu języka angielskiego – w 3 przypadkach na 3 nie dojechaliśmy tam gdzie chcieliśmy. Odkrylismy jednak, że Bangkok posługuje się systemem amerykańskim, a miasto podzielone jest na przecznice. Na przyszłość będziemy lepiej przygotowani ;P.
Poza szwędactwem ulicznym i podpatrywaniem tubylców warto oczywiście zobaczyć skarby narodowe. W tym:
najstarszą świątynię -Wat Pho (Wat Phra Chetuphon, Świątynia Leżącego Buddy) (XVI w.) z ogromnym posągiem Buddy.
P1140888 
Wielki Pałac Królewski (1782-1785) ze świątynią Wat Phra Kaew (Srebrna Pagoda z XVIII w.). Myśmy pałacu oglądać nie chcieli – za to z dziką przyjemnością zwiedzliśmy światynię. Tu widać królewski śmietnik ;P
P1150049
Świątynię:
P1150050 
Jej uroczych mieszkańców:
P1150087

P1150091

Oraz Wat Arun. – Świątynię buddyjską w dzielnicy Yai , która znajduje się na zachodnim brzegu rzeki Menam. Pełna nazwa świątyni to Wat Arunratchawararam Ratchaworamahavihara (วัดอรุณราชวรารามราชวรมหาวิหาร) :P (ihaaa).
Na drugi brzeg dostaliśmy się łodzią, na którą kupuje się całodniowy bilet.
P1150145

P1150148

P1150177
CDN…

Opublikowane w:  on at 3:05 pm Komentarze (3)

The beginning :) part 1

Nasza podróż zaczęła się w samolocie ukraińskich linii lotniczych Aeroflot. Po doleceniu do Kijowa i bardzo szybkiej odprawie zostaliśmy umieszczeni w 3 rzędowym latającym dziwolągu.
Dla mnie był to pierwszy tak długi lot, tak dużą puszką. Inaczej samolotu nazwać się nie dało. Nasze miejsca wypadły tuż pod gigantycznym ekranem. Po mojej prawej siedział T., po lewej nieruchomy przez całą podróż – wystrojony w połyskliwy garnitur Taj. Jak słusznie podejrzewałam bliskość ekranu nie gwarantowała lepszego odbioru obrazu. Filmy wyświetlano każdego po 5 min. maksymalnie, czarno-białe, foniii nie było (dodatkowo moje pokrętło głośności samo wracało do całkowitego ściszenia). Generalnie zaczęło się lovely. Radowała mnie natomiast toaleta, która poza wydzielaniem zapachów dworcowych – po prostu była BLISKO. 2h do Kijowa, 11h do Bangkoku – czas minął “prawie” niepostrzeżenie. Siedzący po mojej lewej Taj ożył dopiero w Bangkoku zrywając się dziarsko z siedzenia tuż po wylądowaniu.
Bangkok nie przywitał mnie jak to przestrzegali różni forumowicze “mokrą szmatą w twarz”. Przywitał za to przemiłym ciepłem i zapachem typowym dla lata. Na lotnisku, zgodnie z zaleceniami V. (udzilił sporo cennych rad) zgrabnie omineliśmy taksówkowych prywaciarzy i  udaliśmy się do właściwego stoliczka. Tam Pani 0 – znudzonej bezdradnością turystów twarzy po wyciągniąciu z nas miejsca podróży – wypisała karteczkę i już chwilę potem rozkoszowaliśmy się chłodem klimatyzowanej taksówki za niecałe 400 batów.
Zabookowany wcześniej przeze mnie “Dream Hotel” przyniósł zgodnie z nazwą upragniony sen….
CDN>
 P1150234

Opublikowane w:  on luty 5, 2009 at 4:47 pm Komentarze (1)