Małe odstępstwo od reguły – zamiast siedzieć na poddaszu i grać, usiadłam naprzeciwko otwartego balkonu by chłonąć resztki złocistej jesieni. Wszystko dzisiaj zdaje się takei proste i oczywiste. Brakuje problemów i zgrzytów…szumiąca resztko listość.
Oglądam zdjęcia zrobione przeze mnie na przestrzeni 8 lat i nadziwić się nie mogę w il to ja miejscach byłam i ile wspaniałości dałam radę zarejestrować. Każda fotka to jakieś malutkie wspomnienie innego świata, ludzi, własnych marzeń. Tyle się już pozmieniało w moim życiu. W 80 lat dookoła świata, który sama sobie tworzę
.
Zaczynam pojmować skąd u mnie ta lubość jesieni z całym jej niechcianym przez ludzi bagażem, jak plucha, egipskie ciemności, bezwstydna nagość drzewulców.
Wystarczy jeden jaśniejszy dzień, smagnięcie żółtym promieniem po policzku, jakiś zapach letni, który spóźnił się na pociąg, a już włącza mi się tęsknota za przestrzenią, wolnością, pędem. Za nowymi widokami i emocjami. I zaczynam się dusić, klaustrofobia jednorakiego życia dopada mnie i rwie jak papier na miliony kawałeczków. Brakuje mi jakiegoś odnośnika, osi świata, dzięki której nie będę się notorycznie jak do tej pory gubić. W takie dni jak dzisiaj tęsknię za końmi. Za tymi włochatymi wielkimi łbami i bezsensownymi oczami. Za zapachem siana i kopytami wielkimi jak talerze. Za ich uporem i płochliwością.
I myślę sobie, że kiedyś do tego wrócę, bo do dobrych rzeczy zawsze się wraca, jeśli tylko jest taka możliwość.
Muszę tylko przypomnieć sobie jak tam trafić z powrotem. Bo póki co znowu jestem zagubiona.
I tym jakże bełkotliwie melancholijnym paplaniem kończę na dziś.


