Idąc jak leming za świątecznym szaleństwem postanowiłam wyprodukować szklane kule.
Zadanie zacne – jak zwykle do niczego mi się to nie przyda poza własną, chwilową satysfakcją.
Jako referencji użyłam jakiegoś rendera znalezionego w googlach.
Zerkając i myszą szurając powstały te oto obrazki.
Zdaję sobie sprawę, że może Mr Penis umieszczony w śnieżnej kuli nie koniecznie wzbudza świąteczne nastroje.. Tym nie mniej – moje tworo-stwory szykują się już do świąt.
Kuleczek mi się zachciało…
Mr Penis
Potrzebna mi była kompletnie niepoważna wersja pana P. Wszystko w Illustratorze rzecz jasna
Powody nieznane, więc nie pytajcie.
Dziś czuję się fatalnie, właściwie fatalniej.
Czekanie na wyniki badań jest zawsze stresujące.
Więc staram się zapychać głowę głupotami, sieczką nicnieznaczoności – inaczej pogrążyłabym się na amen w tym dniu codziennym o kolorze rozwodnionej owsianki – i nijak byście mnie już nie ujrzeli.
Jaka to walka mieć siłę na siłę…
Jak grać, żeby swój własny organizm oszukać, że nie chory a w sił pełni i krasie?
Wysiłki..wysiłki…stale nowe.
A ja zmęczona jestem i wszystko mnie boli i ręce jak z waty.
I marzy mi się moja własna wyspa z pierzyny puchowej z latarnią z kubka z kakao… I chmury z ciepłych dłoni T.
I już się zmęczyłam…. więc nie pytajcie nawet o czym ten tekst.
over szmower
Gogle z planety Pikuśpikuś
Nie cierpię jeździć do Castoramy. Wszystko we mnie wre i burzy się. Nie cierpię i już. Jednakowoż okazjonalnie natrafiam na prawdziwe perełki zakupowe, które jak mniemam normalna kobieta omijałaby szerokim łukiem.
Tym razem taką perełką okazały się gogle spawalnicze. Do szczęścia brakowałoby jeno żeby były takie oldschoolowe, metalowe z szybkami ze szkła. Moje są niestety plastikowe w całości i wioną dziwną gumą, ale i tak pałam do nich wielką miłością od pierwszego obaczenia.
Koszt niewielki bo niecałe 30 zł – za to możliwość obejrzenia świata w kolorze ciemno, ponurej zieleni (z zamknietymi klapkami).
Prawda jest taka, że dylemat miałam, jako że tuż obok na półeczce leżała skórzana, czarna maska spawalnicza, która wręcz krzyczała: WEŹ MNIE, WEŹ MNIE!.
Od tej pory (solennie przyżekam!!) zaczynam czynnie omijać wróżki i inne cuda wianki gdyż poważnie boję się dowiedzieć czegokolwiek o moim porzednim wcieleniu.
Jedno jest pewne – jeżeli chodzi o T. – to trafił swój na swego.
Z Castoramy poza potrzebnymi deskami i workiem gwoździ unieśliśmy we własną czasoprzestrzeń również i łom (niebieski!), który to z kolei T. uznał za prawdziwe designerskie arcydzieło.
Tak więc czuję się dzisiaj szczęśliwa i zaspokojona w kolorze ciemno zielonej ekstazy goglowej.
over.
Aion
Zanim ocenicie mnie źle i powiecie, że na głowę upadłam – wyjrzyjcie za okno. A teraz spójrzcie na screenshoty, na kuse me wdzianko i może zrozumiecie. W Aionie jest lato.
Próbując wszelakich frakcji, klas, stron dobra i zła zdecydowaliśmy się z T. na “upadłych”. Niekoniecznie dlatego, że nauczeni doświadczeniem WoW-a mamy więcej niż pewność, że Horda prawie zawsze spuszcza Alliance-owi manto. Wybór podyktowany był szybkim logowaniem do serwera, świetnym sposobem poruszania (skok podobny do skoków Night Elfów z WoW-a, czyli ze szmeksi przewrotką) oraz rzecz jasna świetnie wyglądającymi czarnymi skrzydłami ;P i prostą do zapamiętania i wymówienia – nazwą własnej rasy Asmodian (oddzieleni od Elyos, żyją po ciemniejszej stronie Tower of Eternity..)
Cału urok Aiona to customizacja postaci. Można stworzyć praktycznie dowolnie wyglądającego osobnika. Może być miniaturowy, albo bardzo wysoki, szeroki, chudy jak szczapa, z włosami (do wyboru kilkanaście fryzur) lub bez, z wąsami, tatuażami, piegami, dowolnym kolorem skóry, oczu, włosów itd..
Ci, którzy znają program POSER- będą wiedzieli o czym mowa.
Każda część ciała ma osobny suwaczek do regulowania parametrów. Późniejsza gra oferuje możliwość farbowania zbroi (barwniki do kupienia u brokera – coś jak AH w WOW-ie), customizację wyglądu broni, itd..itp.
Czy Aion zastąpi mi WoW-a? Za wcześnie na wyciąganie pochopnych wniosków. Wiedzieć będę jak Zmora zostanie wylelevelowana , a gra nadal dostarczać mi będzie rozrywki. WoW osiągnął to czego innym grom się nie udało – zatrzymał mnie przy sobie na ponad 4 lata i mam nadzieję, że ten kto go pobije – być może Aion – będzie tego wart
Tak czy siak – zapowiada się, że starczy rozrywki na długie, polskie, zimowe wieczory.
Do zobaczenia w Aionie
Zmora i Blacknight (w tle płonący bibilijny krzew)
Babski crap
One of these days the sky’s gonna break
And everything will escape, and I’ll know
One of these days the mountains are gonna fall
Into the sea, and they’ll know
That you and I were made for this
I was made to taste your kiss
We were made to never fall away
Never fall away
One of these days letters are gonna fall
From the sky telling us all to go free
But until that day I’ll find a way to let everybody know
That you’re coming back, you’re coming back for me
‘Cause even though you left me here
I have nothing left to fear
These are only walls that hold me here
Hold me here, hold me here
One day soon I’ll hold you like the sun holds the moon
And we will hear those planes overhead
And we won’t have to be scared
We won’t have to be, we won’t have to be scared
You’re coming back for me
You’re coming back for me
You’re coming back to me
No i co z tego, że babski i że crap skoro mi się podobuje.
Retro bird
Dzisiejszy asjament to ptak retro.
Ptakon zrobiony w Illustratorze a potem wsio oteksturowane w photoshopie. Nie mogłam się zdecydować na wersję kolorystyczną mimo, że aż tak się od siebie nie różnią. Tak więc umieszczam obie bo nie nie wiem dziś nic a nic.
Nadal mam kaca po poprzednio-postowym niby wierszyku.
Ale tak – mam się znakomicie – stres jak szalik zaciśnięty wokół mej szyji świetnie mnie chroni przed chłodu spokojem. Brzuch nadal galaretowaty, wysypiać nadal się nie wysypiam i kot nie zaprzestał włoso-wypadania w ilościach hurtowych.
ot i tak to.
miłego dnia lub nocy dla dziennych koszmarków bądź nocnych marków…
I jeszcze idiotyczna fantazja na temat ptakona:
Puszka pochodzi ze strony: SXC.hu LINK
Doggie i kupa
Dzisiejszy jakże uroczo zakrapiany deszczem dzień.
Nic mi się nie udaje i nic udać się nie ma.
Degrengolada myśli i własnego i tak postrzępionego samopoczucia.
Mail nie działa jak należy, brzuch mam galaretowaty, wszystko mnie boli a najbardziej to, że wogóle jestem.
Sączę więc te siuśki bycze Red Bullem zwane, bo bogate są w taurynę. I z całych sił wierzę, że mój mózg się obudzi i wyprodukuje mi jeden genialny pomysł na to jak żyć.
Wcale nie w zgodzie ze sobą – za to w zgodzie z innymi.
Dzisiejsze odkrycie jest takie, że lubię siebie i szanuję tak długo jak jestem sama ze sobą. Dodajcie kogoś z niekoniecznie pozytywnym attitude i już nie mogę na siebie patrzeć.
Albo kogoś kto czuje się super duper wspaniale – w każdym razie bijąc mnie swoim szczęściem na głowę..lub może raczej po głowie.
Marzę wtedy by zniknąć, prysnąć, zdematerializować się.
Tak bym sobie chodziła wśród wielkiej bieli, gdzie nie ma niczego co może wywołać jakąkolwiek reakcję. Ślina by mi ciekła ust bokiem, a ja bym tak sobie szła w ani zimnie ani cieple, przed siebie bez celu, bez presji i serca kołatania nerwowego.
W mózgu transparentnym jak bańka mydlana pływałaby ryba Cichonka.
niebyt
niezbyt
osiągalny
niczym sen
budzikiem porannym
tupię
zbyt lekko
by wierzyć
że dotrę
zbyt lekko
by nic nie było na marne
hop sa sa
No i tak to. Czas się zawstydzić myśli-blogo-zlepkiem. Czmychnąć sprzed ekranu, bo a nóż mnie ktoś zauważy.
Dać się połknąć kołdrze wielkiej jak wieloryb.
Zniknąć, czmychnąć i śladów po sobie nie zostawić.
amen.
P.S> i miałam iść na rower. Zawsze jak mam iść na rower leje.
To nie może być zbieg okoliczności. No to sobie jeszcze posiedzę -miękko na swoim wielkim pupsku.




